Waszyngton ma dziś 296 okrętów bojowych. Pekin — ponad 370. Dysproporcja, której jeszcze dekadę temu Amerykanie nie chcieli przyjąć do wiadomości, stała się oficjalnym faktem wynikającym z raportu CRS i danych US Navy. Stan na kwiecień 2026.
9 kwietnia 2025 r. prezydent Donald Trump podpisał dekret „Restoring America's Maritime Dominance''. Niecały rok później, 13 lutego 2026, administracja przedstawiła 42-stronicowy Maritime Action Plan — dokument, który w zasadzie przyznaje się do klęski. Amerykańskie stocznie zostały zniszczone przez dekady outsourcingu i bez interwencji państwa się nie odbudują.
Ile okrętów ma kto i dlaczego to się liczy?
Według raportu Office of Naval Intelligence chińska flota osiągnie 395 jednostek w 2025 r. i 435 w 2030 r. US Navy w budżecie FY2025 zaplanowała 294 okręty do końca FY2030. Pekin doda przez pięć lat kolejnych 60 okrętów. Waszyngton straci dwa.
Sama liczba to jednak nie wszystko. Amerykański lotniskowiec klasy Ford kosztuje ok. 13 mld dol. i niesie 75 samolotów bojowych — czegoś takiego Pekin wciąż nie ma. Tyle że gdy chińska marynarka regularnie ćwiczy blokadę Tajwanu, zwykła arytmetyka obecności na morzu zaczyna bić przewagę technologiczną.
„Chiny dysponują zdolnością stoczniową 232 razy większą od USA'' — Office of Naval Intelligence, odtajniony slajd cytowany przez American Enterprise Institute, 2025.
Plan Trumpa: 66 mld dol. z opłat i 100 stref morskich
Sercem pomysłu Białego Domu jest opłata od zagranicznych statków wchodzących do amerykańskich portów — 1 cent za kilogram importowanego tonażu. Administracja szacuje wpływy na 66 mld dol. przez dekadę. Pieniądze mają trafić do 100 Maritime Prosperity Zones, czyli specjalnych stref podatkowych obejmujących stocznie na wybrzeżach, Wielkich Jeziorach, w Alasce i na Hawajach.
Powiedzmy sobie szczerze: to nie jest odbudowa, to próba zatrzymania erozji. Pentagon otwarcie przyznaje, że chińskie stocznie produkują rocznie więcej tonażu handlowego, niż cała amerykańska flota liczy dziś razem wzięta.
Co to oznacza dla polskiego inwestora?
Rywalizacja na Pacyfiku nie jest egzotyką. Widzę trzy konkretne kanały, którymi ta historia dotrze do portfela nad Wisłą:
- Ceny surowców i frachtów — 80% światowego handlu idzie morzem. Eskalacja w Cieśninie Tajwańskiej natychmiast podbija Baltic Dry Index i cenę ropy Brent.
- Polska zbrojeniówka — Miecznik, czyli trzy fregaty w kontrakcie rzędu 8 mld zł dla Stoczni Wojennej w Gdyni, to pochodna tego samego trendu. Europa musi mieć własne okręty, bo USA są zajęte Azją.
- Koszt pieniądza — większy budżet Pentagonu oznacza więcej długu USA. Rentowności 10Y amerykańskich obligacji idą w górę, a za nimi ciągną się polskie papiery skarbowe i dane MF o kosztach obsługi długu.
USA nie są w stanie szybko zniwelować dystansu do Chin na morzu. Europa — w tym Polska — staje się „drugim frontem'' obronnym, na którym Waszyngton będzie ograniczał wsparcie.
Moim zdaniem Maritime Action Plan jest ciekawszy w tym, czego nie mówi, niż w tym, co obiecuje. Nie ma w nim deklaracji stałej obecności w Europie Wschodniej. Trump sygnalizował wielokrotnie, że priorytetem jest półkula zachodnia i Indo-Pacyfik. Pytanie do Warszawy brzmi więc brutalnie: co robimy, jeśli amerykańska marynarka po prostu nie ma wolnych okrętów na Bałtyk?
Oblicz swoją ratę
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!




