Od 700 tysięcy do miliona ton ziemniaków zalega w polskich gospodarstwach. Ceny skupu są o 71,5% niższe niż rok temu - alarmuje Tomasz Bieńkowski, prezes Polskiej Federacji Ziemniaka. A sieci handlowe spokojnie sprowadzają kartofle z Egiptu, Izraela i Francji. Stan na kwiecień 2026.
Na pierwszy rzut oka - klasyczny paradoks polskiego rolnictwa. Z bliska to znacznie gorsza sprawa: systemowa porażka łańcucha dostaw, w której rolnik traci, konsument nie odczuwa tego w sklepie, a marżę zgarnia pośrednik i sieć.
Skąd taki spadek cen
Cena skupu spadła o 71,5% rok do roku, bo sezon 2025 przyniósł rekordowe zbiory przy słabnącym popycie. Polska jest trzecim największym producentem ziemniaka w UE - według danych Eurostatu nasze zbiory to ok. 7-8 mln ton rocznie. Gdy sezon się powiedzie i pogoda dopisze, nadpodaż jest błyskawiczna.
Problem w tym, że Polska nie ma infrastruktury do magazynowania i przetwarzania takiej masy. Nowoczesne przechowalnie z kontrolowaną atmosferą ma kilkuset największych producentów. Reszta sprzedaje w szczycie podaży albo patrzy, jak towar gnije.
„Rolnicy są w dramatycznej sytuacji. Ceny są na poziomie 10-15 groszy za kilogram, a koszty produkcji to co najmniej 40 groszy" - Tomasz Bieńkowski, prezes Polskiej Federacji Ziemniaka (wypowiedź dla Interia Biznes, kwiecień 2026).
To nie zwykły cykl koniunkturalny. To struktura.
Dlaczego markety importują, skoro mamy nadwyżki
Powiedzmy sobie szczerze: sieci handlowe kupują tam, gdzie mają pewną jakość, ciągłość dostaw i stabilny kaliber. Polski rolnik z 30 tonami w stodole, bez certyfikatów i z wahającą się jakością, przegrywa z egipskim producentem, który ma kontrakty długoterminowe z Biedronką czy Lidlem na całe sezony.
Boli, ale to rynek. Sieci nie są organizacjami charytatywnymi - odpowiadają przed centralą w Portugalii czy Niemczech za marże.
Moim zdaniem większy problem leży gdzie indziej - w braku polskiej infrastruktury przetwórczej. Gdybyśmy mieli silny przemysł produkcji frytek, płatków czy skrobi ziemniaczanej, ta nadwyżka rozchodziłaby się po kanałach B2B. A tak - leży w stodołach.
Co to oznacza dla Ciebie
Dla konsumenta - pozornie nic. Zapłacisz w sklepie 2,99 zł za kilogram ziemniaków, bo różnica między 10 groszami skupu a 3 zł na półce to marża sieci, logistyki i importera. I tu zaczyna się problem.
Jest jednak kilka grubszych konsekwencji, o których warto wiedzieć.
Dla obserwujących inflację: żywność to ok. 25% koszyka inflacyjnego GUS. Niższe ceny ziemniaka teoretycznie powinny zbijać CPI - w praktyce efekt w sklepie detalicznym jest marginalny, bo marża detaliczna absorbuje wahania. RPP tego typu szoków podażowych zwykle nie rusza.
Dla inwestorów na GPW: spółki z sektora handlu spożywczego (Dino Polska, Eurocash) nie odczują tego ani pozytywnie, ani negatywnie - ich modele biznesowe są na tyle odporne, że lokalne wahania cen surowca wygładzają w marży. Producenci żywności przetworzonej, jak np. ZM Kania w przeszłości, pokazywali natomiast, jak wrażliwi potrafią być na koszty surowca. Tu raczej neutralnie.
Dla mieszkańców wsi i małych miast: to cios w siłę nabywczą lokalnych społeczności. Polska ma ok. 1,3 mln gospodarstw rolnych według danych GUS, z czego znaczna część produkuje ziemniaki. Gdy dochód w gospodarstwie spada o 60-70%, przekłada się to na lokalnego dealera Forda, sklep z materiałami budowlanymi i usługi.
Cena w sklepie nie odzwierciedla ceny skupu - marża handlowa absorbuje wahania. Rolnik traci, konsument nie zauważa, sieć zgarnia spread.
Czy państwo powinno interweniować
I tu zaczynają się schody. Część polityków już krzyczy o interwencyjnym skupie, dopłatach, otwarciu magazynów ARR (obecnie KOWR). Sprawdziliśmy - budżet KOWR na działania interwencyjne jest ograniczony, a skala problemu przekracza standardowe narzędzia.
Uważam, że interwencyjny skup tylko maskuje problem. Rozwiązanie to inwestycje w przetwórstwo - bez tego za rok będziemy mieli to samo z jabłkami, kapustą albo cebulą. A KOWR ma być instytucją strategiczną, nie gaszącą pożary co sezon.
Do tego Polska eksportuje ziemniaki - głównie na Białoruś, Ukrainę i do krajów bałkańskich. Rynki te są obecnie niestabilne z powodów geopolitycznych, co dodatkowo pogarsza sytuację rodzimych producentów.
Co dalej
Sezon 2026 dopiero się zaczyna. Rolnicy, którzy teraz sprzedają poniżej kosztów produkcji, prawdopodobnie zmniejszą areał pod ziemniaki w następnym sezonie. Za rok może być odwrotnie - niedobór i wzrost cen. Polski rolnik huśta się między bankructwem z nadprodukcji a bankructwem z nieprzewidywalnej pogody. Komfortowe to to nie jest.
Przeczytaj też
Oblicz swoją ratę
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!




